ciepło-zimno

            [CIEPŁO-ZIMNO]        Leżeli obok siebie, starannie oddzielając jedno ciało od drugiego chłodnym pasmem powietrza. Skąpili sobie nawzajem dotyku...

    Leżeli obok siebie, starannie oddzielając jedno ciało od drugiego chłodnym pasmem powietrza. Ostentacyjnie wręcz skąpili sobie nawzajem dotyku, osobistego trzydzieści sześć i sześć, nawet w postaci muśnięcia stopy o stopę, palca o piętę, włoska o włosek, szczędzili sobie wszystkiego, co mogłoby w przeciwległej głowie ogrzać właśnie wyziębione myśli. Brak fizycznego kontaktu wydawał im się obojgu najdotkliwszą możliwą karą.
        Jeszcze przed chwilą ich skóra drżała od wewnątrz w, jak to się śmiesznie mówi, miłosnym uniesieniu.
        Ale potem rozmawiali.
       Nie mogli się powstrzymać. Musieli wrócić do tego, co przerwali. Bo seks był tylko przerwą na reklamę triumpha i viagry, żadne z nich chyba się nie oszukiwało, że to na zgodę, za starzy już byli na to, za dużo takich umów o wzajemnym porozumieniu stron podpisywali własnymi płynami ustrojowymi, łzą, krwią, śliną i spermą. A więc teraz żegnamy reklamy, wracamy do zatrzymanego na stopklatce filmu, jakim jest nasze życie (brzmi melodramatycznie, ale kłótnie kochanków są zawsze melodramatyczne). Bo jak się powiedziało A, to potem trzeba i B. A także wszystko, co na C(H), K i P.
        A gdy już sobie wykrzyczeli – wycharczeli, wyjęczeli, wyłkali – cały alfabet, a mimo to nadal nie znaleźli wspólnej litery, inicjału, od którego mogliby zacząć nowy rozdział, nastała zimna cisza.
        Leżeli obok siebie, dwa nagie ciała, wiotczejąca z dnia na dzień skóra i nie pierwszej świeżości mięso oblepiające rusztowania z lekko już zreumatyzowanych kości. Leżeli obok siebie, tak jak leżeli całe życie, raz na tym, raz na tamtym łóżku, dzisiaj akurat na hotelowym. Byli inni niż inne starsze pary, nie przestali sypiać w jednym łóżku zaraz po jej menopauzie. Idąc na spacer, nadal trzymali się za ręce albo pod ramię, nawet pokłóceni. On bez okazji całował jej dłonie i muskał wargami czoło, jej, także publicznie, zdarzało się oprzeć głowę na jego ramieniu. Nie przestali się też kłócić. Wiek nie stępił ich temperamentów, wręcz przeciwnie, jak gdyby lata doświadczeń zwiększały tylko asortyment dostępnych broni – słów, min, gestów. Ale oni nawet nie kłócili się jak inne małżeństwa z wieloletnim stażem, o posiniaczone jabłka, które on kupił na targu, i o zupę, która była za słona; kłócili się jak nastolatki albo artyści z europejskich filmów; bywali zazdrośni, grozili samobójstwem, trzaskali drzwiami, łapali się nawzajem za nadgarstki.
        Leżeli obok siebie na hotelowym łóżku w Barcelonie, które dostali od dzieci w pakiecie all inclusive na czterdziestą rocznicę ślubu. Tutaj się poznali. Nie, nie w łóżku (ale prawie) – w Barcelonie.
        Za chwilę powinni wstać, założyć identyczne oliwkowe czapki jak na safari (również prezent od dzieci, ot, taki żart) i przespacerować się romantycznymi uliczkami wyłożonymi brukową kostką, z jej dłonią wsuniętą w zgięcie jego łokcia. Będą narzekać na palące hiszpańskie słońce, plotkować o innych turystach, podziwiać okoliczne zabytki, zastanawiać się nad kupnem pamiątek dla bliskich. W nim odezwie się pragmatyczne dziedzictwo Niemca, gdy na jednym ze straganów znajdzie śmieszną przepaskę na biodra z pokrowcem na butelkę wody, ona nie powstrzyma się przed komentarzem, że wygląda w niej jak z doczepionym olbrzymim czarnym fallusem, i przed pytaniem, czy ma jakieś kompleksy. Atmosfera wakacji wchłonie powoli negatywne emocje, którymi się obdarowali. Będzie za gorąco, aby się kłócić. On spojrzy na nią, pomyśli, że odkąd spodobała mu się prawie pół wieku temu, nic się w tej kwestii nie zmieniło. Nie przywiązywała wagi do stroju i makijażu, ale nie przeszkadzało mu to, wiedział, że chce być piękna tylko dla niego, że pod tymi śmiesznymi wzorzystymi spodniami ma na sobie koronkowe stringi, a pod kapeluszem-żartem – niegrzeczne myśli. Rzadko patrzyła na swoje odbicie w lustrze. „Wolę się przeglądać w twoich oczach” – mówiła trochę ckliwie, gdy po raz setny pytał z czystej przekory, jaki jest sens trzymania i polerowania lustra w ich domu (i po raz dziewięćdziesiąty dziewiąty oczekiwał od niej właśnie tych ckliwych słów). Gdy i teraz przypomni mu się jej odpowiedź, poczuje, jak przyjemne ciepło o konsystencji gorącego karmelu obkleja powoli jego przesuszone trzewia, wpycha się w wyżarte zębem czasu ubytki, nie pozwala na rozpad w drobny mak i zmieszanie się raz na zawsze z barcelońskim piachem.
        Ale na razie leżeli obok siebie, stygnąc.

 

 

tekst: Ania Kurecka
ilustracja: Iga Kosicka

 

podobne