Im szybciej przyjdziecie, tym szybciej pójdziecie

W martwym ludzkim ciele jest coś nieludzkiego (podobnie nieludzkie jest martwe zwierzę: truchło potrąconego na ulicy lisa, kołami każdego następnego samochodu wtapiane coraz bardziej w asfalt; nieżywe pisklę, które wypadło z gniazda, z mrówkami pokrywającymi jego nieruchome, szeroko otwarte oczy, przekręcony łebek i nieznające lotu skrzydła; nasz stary pies, którego weterynarz musiał uśpić, aby nie cierpiał).

Wraz z ciepłem ucieka z ciała dusza, a ciało bez duszy, ciało puste, przeraża i powoduje uczucie podobne do wstrętu, nawet u tych, którzy od wiary w duszę się odżegnują.

Właściwie dlaczego?

Ciało drugiego człowieka – dopóki płynie w nim krew (i nie jest zdeformowane przez chorobę lub starość) - przypomina nam w istocie nasze, a bliski fizyczny kontakt z nim, chciany lub niechciany, jest naszą codziennością – ocieramy się o obce osoby w tramwaju lub podczas tańca (choć wyłącznie druga opcja wydaje nam się jedyną właściwą), czujemy ich ciepło na świeżo zwolnionym miejscu siedzącym, stykamy się dłonią przy wydawaniu reszty, całujemy w policzek lub powietrze koło niego (najczęściej, gdy jesteśmy z owymi osobami w znikomy choć sposób spokrewnieni), dajmy im do ssania naszą pierś (gdy są małe spokrewnione lub duże niespokrewnione), marzymy o nich podczas samotnych nocy i wczepiamy się w nie wszystkimi palcami podczas nocy wspólnych.

Jaka jest różnica między żywym a martwym, poza oczywistą? Dlaczego ciało puste wzbudza w nas taki strach?

Przecież nasze ciało kiedyś też opustoszeje.

Może właśnie o to chodzi.  Może tak naprawdę nie boimy się tego drugiego ciała, ale boimy się naszego ciała z przyszłości, ciała pozbawionego, ciała wypatroszonego z naszego „ja”.  Wypływający z powyższego wniosek, że boimy się własnej śmierci, nie jest szczególnie nowatorski. Niemniej, współczesna kultura konsumpcji nie oswaja tego strachu. Ona po prostu wypiera ze świadomości powód, jak gdyby wierząc, że jeśli sto tysięcy razy powtórzy, że życie jest wieczne, kłamstwo stanie się prawdą. Ludzie, którzy zbliżają się do zmiany statusu z „on” na „off”, są szybko i bezszelestnie przenoszeni w miejsce, gdzie ich chwilowa obecność nie będzie tak drażnić. Nie umieramy w domach. Umieramy w szpitalach, w obcej pościeli. A potem, podczas pogrzebu, nawet jeśli rodzina decyduje się na otwartą trumną, nasze nieruchome twarze są pomalowane w taki sposób, aby ukryć wszelkie oznaki pustki pod skórą. W żyły wpompowuje się specjalny płyn, który trupią bladość policzków przemienia w lekki rumieniec. Oczy się zamyka, bo oczy zwierciadłem duszy, a jak duszy nie ma, to strach pomyśleć, co odbijają. Usta układa się w grymas delikatnego uśmiechu. „Jak żywy” – powtarzają żałobnicy jak mantrę – „Jak żywy”. A potem wracają do domu, ci żałobnicy. Zmywają własne makijaże, zdejmują bieliznę modelującą.       

Stanisława też właśnie wróciła z pogrzebu. Też z otwartą trumną i pomalowanym trupem. Usiadła na krześle w kuchni, zdjęła buty, najpierw jeden, potem drugi, czarne skórzane czółenka, zbyt wąskie na jej haluksy. Potem poczłapała na boso do kuchenki nastawić wodę na herbatę, tak z przyzwyczajenia. Nawet nie była pewna, czy ma na nią ochotę. Był wczesny czerwiec, nie potrzebowała niczego do rozgrzania. Jednostajny szum gotującej się na gazie wody uspokajał ją jednak, zastępował piszczącą w uszach ciszę, której tak nie lubiła.  Najchętniej zdjęłaby już z siebie wszystko, przede wszystkim te rajstopy, które wpijają jej się w brzuch.

Usiadła z powrotem na krześle, podrapała się w ramię okryte czarnym żakietem z poliestru. Też by go zdjęła. Położyłaby się. Może ktoś by nawet przyszedł i ją pomalował. 

-Mamo? Jesteśmy!

Strzepnęła niewidzialny pyłek ze spódnicy. No chodźcie, chodźcie. Im szybciej przyjdziecie, tym szybciej pójdziecie.

 

tekst: Ania Kurecka
ilustracja: Marta Adamska 

podobne