modowa intymność

 

     Izolacja społeczna przyniosła ze sobą nowe oblicze nagości. Narażeni wyłącznie na własne spojrzenie nie poddajemy swoich stylizacji ostrej cenzurze. W końcu wyglądamy naturalnie, choć dla każdego może to oznaczać co innego. Dresy z second handu, kolorowe maxi sukienki, piżamy noszone całą dobę, podobno również jeansy. Obdarci ze wzroku przypadkowych przechodniów, znajomych z pracy czy potencjalnych kochanków – usunięci z gry społecznej zaczynamy ubierać się naprawdę dla siebie. Tom Ford powiedział kiedyś "dressing well is a form of good manners". Czy modowy savoir vivre obowiązuje nas również w chwilach samotności? Czy chcemy i potrafimy okazywać szacunek sobie samym? Czy zależy nam na tym, by podobać się sobie? Kwarantanna obnaża naszą modową intymność.

    Dbanie o styl może wydawać się fanaberią, szczególnie w czasie pandemii i rosnącego kryzysu gospodarczego. Troszczenie się o wygląd w czasie globalnej destabilizacji, choć brzmi jak przejaw socjopatii, może w rzeczywistości być intratną inwestycją. Obecna sytuacja w końcu przeminie ustępując miejsca nowej rzeczywistości. Warto wkroczyć w nią w pełni sił mentalnych i fizycznych. Tego jako społeczeństwo jesteśmy raczej świadomi, bo poradników na tematy odżywiania, ćwiczeń, seksu, snu czy sprzątania w mediach nie brakuje. A popyt jest równie wysoki, co podaż. Jednak o tym, jak być ze sobą modowo mówi się mało (jeśli w ogóle), a przecież na stylizacje można spojrzeć jako na kategorię wellness. Eksplorowanie własnego gustu, estetyczne dysputy z samym sobą, świadomość ciała i intencjonalne przeglądnie w lustrze... Wszystkie te czynności mogą być odżywcze i kojące dla zmysłów. Mimo to w czasie kryzysu marketingowcy i media modowe bombardują nas pomysłami na outfity WFH czy bluzki, które dobrze prezentują się na Zoomie. Wspomniany wyżej Tom Ford spisał nawet listę trików, dzięki którym można dobrze wypaść na video-konferencji (podobno warto pod laptop podłożyć białą kartkę, która będzie doświetlać twarz). Biznes nie zatrzymuje się, a jedynie przenosi w świat wirtualny. Karmieni jesteśmy nowymi kolekcjami, kampaniami i filmami, w które możemy się zatopić by zapomnieć o rzeczywistości. W dobie kryzysu moda jest sprowadzana do dwóch kategorii – kapitalistycznego narzędzia budowania marki, również tej osobistej, oraz błogiego eskapizmu. A przecież ubrania poza tym, że pełnią funkcje społeczne i artystyczne, mogą być również bardzo intymne. Prawie nieustannie dotykają naszej skóry (która jest przecież największym organem ciała), oddychają razem z nią, otulają nas, pomagają wyrażać emocje i myśli czy kontrolować nastrój. Piszę to mając na sobie ukochany dres. To prawdziwa perełka znaleziona w kołobrzeskim second handzie Vestir lata temu – szerokie liliowe spodnie z grubej bawełny, wzdłuż obu nogawek ozdobione lampasami w kwiatowy nadruk. Te dresy to moja strefa komfortu. Nie czuję się w nich najlepszą wersją siebie, ale czuję się naturalnie. Tak przyjemnie jest bywać niewymuszoną sobą, gdy na co dzień bywam marketingowcem, joginką, żoną, klientką, córką i przyjaciółką... Przybyła wraz z izolacją społeczną nagła i nieograniczona dostępność stylizacyjnego komfortu z początku wydawała mi się być błogosławieństwem. Stanik precz! Nareszcie mogę być sobą. Ta obfitość swobody, zaczęła po pewnym czasie być jednak uciążliwa (jak każda inna wolność, co słusznie zauważył Erich Fromm). Bycie sobą okazuje się stanowić wyzwanie, gdy jedyna ja, z którą mam teraz do czynienia, to ja w liliowym dresie. Zaczynam tęsknić za innymi kobietami, którymi również jestem, choć bycie nimi wymaga one ode mnie więcej wysiłku. Jak zebrać je wszystkie w jednej przestrzeni? Czy można wyrazić je jedną stylizacją? Nie wiem, ale moja intuicja podpowiada mi, że kaszmirowy dres, taki w kolorze greige, przybliżyłby mnie do upragnionej integralności. Aktualnie szukam w sobie przyzwolenia na wydanie pieniędzy na mięciutki zbytek w odcieniach szaro-beżowych. W czasach kryzysu dążenie do piękna jest po prostu przywilejem, na który nie wszystkich stać. Ekonomiczne i czasowo – to jasne, ale też mentalnie. Traktowanie swoich estetycznych potrzeb i pragnień poważnie to dla wielu osób abstrakcyjna, lub przynajmniej szemrana, koncepcja. Jednak nawet najwięksi modowi sceptycy mają w sobie wewnętrznego estetę, którego warto pielęgnować – dla inwestycji w zdrowie psychiczne i przyszłość. A jeśli wystarczająco animuszu – dla czystej przyjemności.
 

Tekst: Agata Marciocha
Ilustracja:
Zuzanna Stach 

podobne