Central St. Martins - czy warto było szaleć tak?

Kurs na londyńskim Central Saint Martins, czyli czy warto było szaleć tak? Czy naprawdę spełniają się tam marzenia, czy dostałam licencję na bycie najlepszą stylistką na świecie?  W wywiadzie sama ze sobą....  ....                                                

 

    Osławione mury londyńskiej szkoły do której uczęszczali McQueen, McCartney, Galliano i Tisci. Między innymi, bo lista absolwentów to niekończąca się wyliczanka nazwisk najlepszych projektantów świata, ale także tych, którzy w niedługiej przyszłości dorzucą swoje, bardzo znaczące trzy grosze.

Mekka studentów mody (których nie odstrasza czesne w wysokości 9 tysięcy funtów rocznie) jest maszynką do wypluwania talentów, a na pewno obietnicą wielkiej kariery w branży.

Ci, których nie stać na całoroczną edukację (czyli mnie), mogą pokusić się od krótkie kursy dotyczące wszystkiego, co związane ze sztuką: aktorstwo dla początkujących, fotografia reportażowa, ceramika, historia współczesnej mody, kaligrafia, konstrukcja mody czy kurs tworzenia ubrań z lateksu. Absolutnie i absurdalnie WSZYSTKO. Ponieważ sama pretenduję do nazywania siebie „zdolną stylistką” poszłam w „Fashion Styling: Intensive” z założenia skierowany do osób, które coś już tam wiedzą. Jak było? Zapraszam do wywiadu, który przeprowadzam sama ze sobą. Bo czemu nie…

Więc jak było?
Raczej w porządku, ale bez fajerwerków. Liczyłam, że dostanę receptę na sukces, tajemną wiedzę, którą posiadają jedynie w Londynie. Że ten kurs zmieni kierunek mojej kariery i zaprowadzi mnie wreszcie do krainy bogactwa i niekończących się zleceń. Domyślcie się jak było…
Przed kursem miałam strasznego pietra, że nie będę nadążać za tymi wszystkimi utalentowanymi, alternatywnymi ludźmi z grupy. Okazało się jednak, że bliżej było mi do kujona niż lamusa.
W Warszawie z moimi prywatnymi zleceniami było średnio i liczyłam, że może szkoła nauczy mnie czegoś, co odmieni tę złą passę. Ale to jednak tak nie działa. Stylizacja to nie nauka ścisła – nie można się tego nauczyć jedynie z książek czy na kursach. Trzeba robić. Trzeba to praktykować – kombinować, kreatywnie myśleć, popełniać błędy, zbierać ciekawe inspiracje, ciężko pracować i mieć oczy szeroko otwarte na świat. A potem robić jeszcze więcej, byle z głową!

Czy warto było szaleć tak? Wydać 1100 funtów na dwutygodniowy kurs? Pracować w gastro 3 miesiące tylko po to, żeby nie dowiedzieć się niczego nowego?
Gdybym powiedziała, że niczego się nie nauczyłam oznaczałoby, że mam się za alfę i omegę. Wciąż mam braki w wiedzy o świetle i nie ufam sobie w kwestii castingu. Sesje zdjęciowe i generalnie, praca w modzie to gra zespołowa (na to stawiano ogromny nacisk). Zacietrzewione jednostki przekonane o swoim geniuszu nie przetrwają na rynku. Miałam kilka takowych w grupie. Prawdziwy geniusz trafia się raz na milion, reszta to zwykłe buce. A kto chciałby współpracować na stałe z bucem?

W kwestii hajsów… Zaoszczędziłabym mnóstwo pieniędzy, gdybym podjęła ten kurs 4/5 lat temu, na samym początku mojej „kariery”. 5,5 tysiąca złotych wydaje się ogromem pieniędzy, ale gdybym miała policzyć ile wydałam na wszystkie moje bezpłatne staże w Warszawie… Wypad do Londynu nagle wydaje się być tańszą opcją.

Taki kurs to pół roku w pigułce jako praca asystenta stylisty. Oczywiście nikt Was nie nauczy w szkole jak reagować na kryzysowe sytuacje – tego nauczycie się jedynie w praktyce, ale możecie tu dostać burę za przedmiotowe traktowanie modelek czy brak kultury w stosunku do innych członków ekipy. Tego rzadko uczą w Polsce.

Młodym stylistom – polecam bardzo, tym z kilkuletnim stażem – raczej wtedy, kiedy chcą zacząć na brytyjskim rynku. Dostajecie listę nazwisk, widełki płacowe i zaczynacie budować sieć kontaktów. Do Polski wrócilibyście raczej z niczym lub z niewielką wiedzą. Ale ile z tego wyniesiecie, zależy jedynie od Was. Macie do dyspozycji całą szkołę – najlepiej zaopatrzoną bibliotekę jaką widziałam, świetnych nauczycieli, którzy z chęcią zrobią wam przegląd portfolio i studentów wszystkich kierunków do których możecie zagadać na stołówce podczas lunchu.


Jak wyglądały zajęcia?
Każdego dnia wykład: o najważniejszych nazwiskach w branży (kilku nie znałam), o trendach, o etyce pracy, współczesnych sesjach, o tym jak to się wszystko kręci, kim jest stylista i jakie obowiązki na nim spoczywają (było ich zdecydowanie więcej niż wymaga polski rynek). I tak przez ponad tydzień. W międzyczasie pojedyncze ćwiczenia, głównie w parach. Dla przykładu: CSM ma tradycję „białego ćwiczenia” czyli pracy na białej materii by skupić się głównie na formie, nie rozpraszać dodatkowymi bodźcami. Zaczęliśmy od wykładu o bieli w modzie, najważniejszych sylwetkach, historii białej koszuli etc. Później przyszedł czas na praktykę – stos białych koszul, manekin albo znajomy z ławki i zadanie, by stworzyć co najmniej 10 różnych stylizacji. Zakończone wszystko prezentacją efektów i merytoryczną dyskusją z nauczycielami.

Ilu było tych nauczycieli?

Dwójka, na zmianę. Styliści, oboje zdolni i co ważne dla mnie – prezentujący różne style w swoich pracach, ale bardzo zgodni w opiniach na temat naszych poczynań. Z partnerskim podejściem, żadnych tam sztywnych form „szanowny panie profesorze, z poważaniem etc.”, co bardzo ułatwia pracę, zwłaszcza tę kreatywną. Raz dodatkowo wpadł na zajęcia dyrektor artystyczny podczas składki naszej zaliczeniowej sesji.

Do zaliczenia zaraz dojdziemy. Jeszcze kilka słów o studentach. Ilu było was w grupie? Chyba nie wszyscy byli z Anglii, jak się dogadywaliście?
15! Nie było nikogo z Anglii… Była natomiast cała reszta świata: Szwajcaria, Rosja, Ukraina, Meksyk, Chiny i nazywana przeze mnie mafią, włoska czwórka. Dogadywaliśmy się po angielsku całkiem nieźle, choć czasem na migi, czasem za pomocą słów w innym języku. Nikt nie miał problemu, żeby odpalić Google Translate. 6 lat temu, na kursie projektowania, pierwszego dnia nie odezwałam się prawie ani słowem, bo bałam się, że popełnię jakiś głupi błąd. Jedynym błędem było nieodzywanie się. Okropny nawyk z polskiej uczelni.

To jak z tą pracą zaliczeniową?
Koniec pierwszego i cały drugi tydzień spędziliśmy przygotowując finalną sesję zdjęciową. Podzieliliśmy się na dwie grupy i działaliśmy.

7 stylistów nad jedną sesją?
Tak. Nieźle wykręciło mi żołądek jak się o tym dowiedziałam. Okazało się, że jednak jest to możliwe. Musieliśmy wykorzystać te wszystkie pogadanki o kompromisach i pracy grupowej. Zwłaszcza, że ja do grupy trafiłam z włoską mafią – czwórką bardzo zaborczych, ekscentrycznych i ciężkich we współpracy studentów Polimody.

Po kolei. Jak wyglądał proces tej magicznej/upiornej współpracy?
Dwa pierwsze dni poświęciliśmy na opracowanie inspiracji, przygotowanie historii i złożenie moodboardów, które zmienialiśmy co pół dnia, po każdej kolejnej korekcie. Od początku nie mogliśmy dojść do porozumienia, czy chcemy robić sesję damską czy męską. Ale wybrnęliśmy z tego. Wykreowaliśmy postać imieniem Chris, która zmaga się z zaburzeniami osobowości i czasem przedstawia się jako Christine, innym razem jako Christopher. Musieliśmy podejść do tego z ogromną ostrożnością, nie chcieliśmy nikogo piętnować ani wyśmiewać ze względu na chorobę. Zaczerpnęliśmy trochę z Carla Junga i jego archetypów osobowości. Wybraliśmy 7, czyli tyle ile było nas w grupie i od tego momentu każdy z nas był odpowiedzialny za jeden typ osobowości. Mi w udziale przypadł rebel, a w moodboardach pojawiały się postaci Davida Bowie, Vivienne Westwood i Kory.

Dwa dni na moodboardy to całkiem sporo…
Owszem, ale im lepiej zbudowany bohater tym lepiej. Co ważne, na typ etapie pracy nikt nie rozmawia o ubraniach.

Co później? Kiedy czas na ubrania? I skąd je wziąć w obcym mieście?
Moodboardy klepnęliśmy w piątek po południu. Rozpoczął się w weekend, a w Londynie to najlepszy czas na podróż po marketach, vintage- i charity shopach, gdzie prawdziwe perły można znaleźć za niewielkie pieniądze. Mi zależało, żeby pokazać polskich projektantów. Z pomocą przyszła nam poczta i Beata Karapetyan, Kamil Wesołowski i Nikola Fedak (którym ślę moc buziaczków). Następne dni spędziliśmy na przymiarkach, próbnych zdjęciach, układaniu czy stylizacje się ze sobą łączą i opowiadają historię. W życiu nie spędziłam tyle czasu na przygotowaniach. Zazwyczaj stylówki kleiłam dzień przed lub bezpośrednio na planie. To jednak by nie przeszło biorąc pod uwagę, że na 7 zdjęć mieliśmy zaledwie 6 godzin.

To niewiele.
Niewiele. Biorąc pod uwagę inny make-up na każdy look, diametralną zmianę światła w połowie, obowiązkowy godzinny lunch i studentów, którzy znaleźli się na planie po raz pierwszy w życiu.

Ale mieli jakieś doświadczenie skoro się tam znaleźli, prawda?
Zazwyczaj w asystowaniu projektantom albo byciu art directorem. Absurd całej sytuacji poczułam w momencie gdy byłam jedyną, która potrafiła obsłużyć steamer.
Wróćmy… Szkoła oczywiście miała swoje studia fotograficzne. Rozwiesiliśmy skrzętnie przygotowane moodboardy, wprowadziliśmy w temat fotografa i makijażystkę, i zaczęliśmy działać. Już na starcie czekało nas opóźnienie. Mimo, że światło miało swój własny, klepnięty moodboard, na miejscu okazało się, że włoska mafia jednak nie jest z niego zadowolona. Oni chcą inaczej (i chuj!). Ta sama historia z kadrowaniem – widzimy cykloramę czy nie. Tu też zostałam przegłosowana. „Uroki demokracji”. Ale nie ma co płakać… Wyrobiliśmy się w czasie. Cyknęliśmy wszystkie stylówki. Ucięliśmy połowę buta, bo mimo poprawnego rozmiaru, modelce nie wchodziła stopa. Kupiony za 4 funty, więc nie było większego płaczu. Prawie zwycięstwo!

I to wszystko?
Potem nadszedł ostatni dzień. Wybory i składka zdjęć. Wybranie okładki i wybór, gdzie moglibyśmy taką sesję podesłać. Poszliśmy w Purple Magazine. Później 30 minut naszej prezentacji przed nauczycielami. Kilka pochwał, kilka upomnień, wręczenie dyplomów i byliśmy wolni. Mogliśmy iść do domu.

Wróciłabyś?
Zamierzam! Ale tylko dlatego, że wstęp do biblioteki mam do końca września – taki prezent od szkoły. Dwa piętra książek i magazynów o sztuce, modzie, filmie na wyciągnięcie ręki. Archiwalne numery sprzed kilkudziesięciu lat, oceany inspiracji. Bardzo udany prezent.

Naszła mnie mała nostalgia podczas pisania tego wywiadu, ale nie wiem ile w tym tęsknoty za szkołą, a ile po prostu tęsknoty za pracą na planie. Może gdy wrócimy do tak zwanej normalności będzie dane mi się przekonać.

 

Całą sesję "Christine/Christopher" możecie zobaczyć TUTAJ! 
 

 

pytania, odpowiedzi i zdjęcia: (alfa i omega) Nana Chomik
 

podobne