szklanka mięty

Oddałam się personifikacji smutku. Nadając mu imię i płeć, przygotowując miejsce we własnym
wnętrzu, oswajałam go powoli. Z obcego ciała, które uwiera i kaleczy, pozwalałam przemienić się
w integralną część mojego emocjonalnego „ja”. Wcześniej był jak sztorm, wzbierający rozszalałe
fale myśli. Teraz złagodniał, ucichł jakby.
Wystarczyło, że zaakceptowałam jego permanentny charakter.
Tylko tyle. Aż tyle.
Smutek mnie zmienił. Zmienił wrażliwość, osobowość, nawet wizualność zmienił, tak ot, z dnia na
dzień. I już nie tylko że chudość niepospolita, wargi pokąsane do krwi, połamane paznokcie. Nadał
źrenicom niepokojącą w swoim ogromie głębię, zatańczył w tęczówkach, dla kontrastu rozjaśnił
białka. Moja uroda stała się zupełnie nieokreślona, nie wiem, czy byś mnie poznał, nie wiem, czy
nadal bym Ci się podobała. Oczy przestały wyrażać emocje spójnie z ustami, bo usta potrafią
kłamać, a oczy nie. I tak jak moje pogryzione wargi rozciągały się w niewyraźnym uśmiechu, gdy
wymagała tego ode mnie anonimowa społeczność, tak oczy pozostawały niezmiennie szczere,
niespokojne i smutne. Jak stare zwierciadło z czarnymi plamkami.
Często płakałam. Łzy gromadziły się w kącikach oczu rano, gdy dostrzegałam swoje odbicie w
zaparowanym łazienkowym lustrze, po południu, zazwyczaj w najmniej oczekiwanym momencie, i
zawsze wieczorem, tuż przed zaśnięciem, gdy pusta poduszka obok, chłód pościeli, brak drugiego
wyregulowanego przez sen oddechu przypominały najbardziej. Wtedy smutek, jak gdyby
sprowokowany ciemnością nocy, na nowo stawał się nieokiełzanym katem, zaczerniającym myśli i
emocje.
Miałam na niego sposób. Bezsenne noce spędzałam na balkonie, dziesięć pięter nad ziemią,
dzierżąc w dłoni blanta skręconego z tych kilku gramów, które po sobie zostawiłeś. Żar oświetlał
popękane wargi i zaciągnięte skórki przy paznokciach. Księżniczka betonowego zamku, owiana
chmurą słodko pachnącego dymu. Chyba nie wyglądałam jak utkana z rzeczywistości, zresztą –
rzeczywiście miałam poczucie odrealnienia. Pozwalałam łzom płynąć w cichej nadziei, że ich
krople – niczym kawałki szkła – rozetną skórę na policzkach, zostawią namacalny dowód swojego
istnienia. Cierpiałam tak bardzo. Pragnęłam, aby cały świat się o tym dowiedział. Bo Ty już nie...
Te ekshibicjonistyczne żądze, ta atmosfera tak przychylna jego nostalgicznej osobowości sprawiały,
że – co za paradoks! – broń wypadała smutkowi z ręki. Jak gdyby żal mu się robiło kogoś, kto tak
otwarcie się mu poddaje.
Wtedy dopalałam skręta i zasypiałam na balkonie, a ostatnie, co pamiętam, to chłód kafelków
chwytający za pośladki i uda, nieokryte przez Twoją koszulkę, tę, która skurczyła się w praniu.

Tak spędzałam noce. A dni? Byłam przezroczystą lunatyczką, błąkającą się codziennie po tym
samym biurze. Wtapiałam się w ściany. Nie zwróciłbyś uwagi. Byłam własnym cieniem.
Nieuchwytnym, a jednocześnie zupełnie niegroźnym dla otoczenia. Nie brakowało mi niczego poza
kolorem i powietrzem ogrzanym Twoim oddechem.
Tylko tyle. Aż tyle.
A potem nastał ten wieczór. Późny, pozornie taki sam jak wszystkie, nasączony rutyną i
deszczowym zapachem jutra. Właśnie owego wieczoru zdecydowałam się wyciągnąć białą flagę w
wojnie ze smutkiem. Dlaczego akurat wtedy, nie wcześniej, nie później? Nie wiem, nie pytaj.
Podniosłam wysoko ręce i wyszłam z ukrycia. „Poddaję się!” – krzyczałam, i nagle stała się
własnym krzykiem, własnym oddechem zmieszanym z łagodnym podmuchem wiatru, oddechem
posiadającym oczy i duszę, ale pozbawionym ciała. Wkomponowałam się w nocną ciemność
miasta. Z wysokości spoglądałam na samą siebie, balansującą na krawędzi balkonowej poręczy. Na
siebie nagą, już nie tyle smutną, co raczej pozbawioną nadziei.
Bo smutek zniknął natychmiast, zmieszany i zaskoczony takim obrotem sprawy. Jak gdyby nie na
tym mu zależało. Jak gdyby mówił: „Zostań, a odejdę, obiecuję. Tylko zostań...”.
Ale teraz to nie miało większego znaczenia. Miałam już dość codziennego chodzenia z duszą na
ramieniu, nabawiłam się wystarczająco bolesnego skrzywienia kręgosłupa. W oknach sąsiadujących
mieszkań pojawiły się oczy, małe punkciki migoczące chęcią skandalu. Nie zareagowałam.
Podobnie jak te oczy, przyglądałam się beznamiętnie, jak moje-niemoje ciało przechyla się,
centymetr po centymetrze, oddech po oddechu, a potem leci w dół, mijając wszystkie dziesięć
pięter, płynnie jak na przedmiot bez duszy przystało.
Z oddali dobiegł odgłos rozbijającego się szkła.
Tylko tyle. Aż tyle.
Sąsiadka z kamienicy naprzeciwko – właścicielka jednej z błyszczących par oczu, może nawet ją
pamiętasz – ziewnęła, zamykając nieszczelne okno i poprawiając firankę z koronki. Koniec tego
dobrego.
Woda na kuchence już się zagotowała. Z parującą miętą kobieta przeszła do sypialki i usiadła na
brzegu swojej strony łóżka. Prawie duszkiem wypiła gorący wywar. Odstawiła szklankę na szafkę
nocną, sięgnęła do wyłącznika nocnej lampki. Pokój ukrył się w fałdach ciemności. Wsunęła się
pod pościel, delikatnie, aby nie obudzić starego. Jego chrapanie odstraszało nocną ciszę.
Zasnęła szybko, snem płytkim i bezsennym, jak to zwykle po mięcie.

 

tekst: Ania Kurecka 
ilustracja: Paweł Szlotawa

 

podobne