wyelegantować się

Trendy działają następująco: coś jest modne, później nie, a potem znowu tak. Kto tym wszystkim dyryguje? I co z obecnymi trendami ma wspólnego twoja babcia i Królowa Elżbieta?                                             

    Trendy działają następująco: coś jest modne, później nie, a potem znowu tak. To oczywiście duże uproszczenie, bo w XXI wieku system modowy jest bardzo złożony – branża się nieustannie rozrasta, tendencje szybko się wypalają, a inspiracje błyskawicznie zużywają. Projektanci muszą szukać natchnienia tam, gdzie inni nie są w stanie lub nie ośmielają się zajrzeć. W ostatnich latach podobnych aktów odwagi nie brakowało, wystarczy wymienić Crocsy u Christophera Kane’a i Uggsy u Y/Project czy nurt post-soviet chic spopularyzowany kilka lat temu przez Vetements, który dziś wydaje się miałki, ale w 2015 roku napędził rewolucją estetyczną. Czy projektanci nadal wyznaczają trendy, to już kwestia sporna. Bez wątpienia jednak pojawiają się na wybiegach tendencje, pod które można się dobrowolnie podłączyć jeśli tylko chce się brać udział w modowej grze. By być na jej przedzie wystarczy zadać sobie pytanie: co było symbolem złego gustu tak długo, że w kontekście modowym nagle wydaje się świeże i odkrywcze? Aktualna odpowiedź: strojenie się.


    Strojenie się to trend zapoczątkowany po cichu już kilka sezonów temu, a osiągający właśnie teraz pełną dojrzałość – trafił już do sieciówek i zaczyna brylować na ulicach. Przypieczętowaniem jego statusu może być ostatnia współpraca H&M z projektantem Giambattista Valli, której owocem są słodkie, kiczowate i strojne sukienki. W języku angielskim taki look określa się jako all-dolled-up. Termin można by bardzo luźno przetłumaczyć jako na-laleczkę, jednak po wrzuceniu go do translatora wyświetla się nasze polskie, swojskie i bardzo trafne określenie wyelegantować się. Mowa przecież o stylu, która ma w DNA eksponowanie atrakcyjności społecznej (i seksualnej). Takim, który jest jawnym zabieganiem o uznane i komplementy, takim, na który przychylnym okiem patrzyłyby nasze babcie, bo „sąsiadka pozazdrości, a kawaler doceni”. Prozaiczna ładność elegantowania się płynie z kwietnych aplikacji, piórek oraz falban. Wersja wieczorowa, to już tiul, cekiny, futro oraz hard-core, czyli włosy zakręcone w loki (sic!). Taki wygląd miał do niedawna z awangardową modą niewiele wspólnego. W końcu nieustanne utrzymywanie pozorów jakobyśmy mieli do odhaczenia wiele ciekawszych eventów niż ten, na którym akurat jesteśmy przekładało się przymus ostentacyjnego bycia underdressed. Nonszalancja przez długi czas była oznaką bycia cool i właśnie dlatego jawne strojenie się wymagało dużej odwagi społecznej. Teraz, kiedy od kilku sezonów estetykę all-dolled-up zdolni projektanci przerabiają na wartościowe kolekcje i oswajają z nią większą grupą odbiorców, my możemy w końcu naprawdę wyluzować i się wystroić… jeśli tylko mamy na to ochotę. Swoją drogą na tym właśnie polegają współczesne nurty w modzie – dają komfort wyboru, w przeciwieństwie do trendów, które arbitralnie (z)obowiązywały. Jak można się więc wyelegantować, but make it fashion? OG nowoczesnego looku na-laleczkę, to bez wątpienia Molly Goddard oraz Tomo Koizumi. Projektanci proponują przeskalowane tiulowe suknie i sukieneczki, oczywiście okraszone awangardową przesadą. Mamy też tych, którzy na wybiegach spełniają (swoje lub cudzie?) fantazje o byciu księżniczką na pełen etat. W stylu tak ładne, że aż bardzo brzydkie, że aż modne operują Simone Rocha i siostry Rodarte, trochę mniej kontrowersyjnie, chociaż wciąż ciekawie jest w kolekcjach Erdem.

Drugie oblicze elegantowania się jest mniej słodkie, a bardziej dojrzałe. To klasyczny zestaw babcia-approved, czyli garsonka w kwiaty, broszka, apaszka oraz rajstopy – wszystko pod kolor. Tę estetykę zgrabnie fetyszyzuje Rirchard Quinn. Chociaż sam projektant twierdzi, że inspiruje się artystą Paulem Harrisem, to równie dobrze jego muzą mogłaby być it-girl wśród babć, czyli Krolową Elżbieta. Brytyjczyk podkręcił kwiatowy total look do maksimum oplatając modelki, oraz Cardi B, od stóp poprzez całą twarz, aż po czubek głowy w pstrokate wzory. Tak powinny się ubierać modne kobiety do kościoła wiosną i latem 2020. Na ratunek tym, którzy chcą być dolled-up, ale niekoniecznie all wkracza Giambattista Valli ze swoimi projektami dla H&M. Kolekcja obejmuje kolorowe i słodkie sukienki – spektakularne i nieco seksowne. Współpraca włoskiego designera z sieciówką nie promuje dowcipnego kampu, a raczej niewinny kicz, a tym samym przenosi trend strojenia się w niebezpiecznie komercyjne rejony i zwiastuje zbliżające się apogeum. A propos – temat tegorocznej MET gali Camp: Notes on fashion można potraktować jako oficjalnie zezwolenie Anny Wintour na wprowadzanie odrobiny kiczu do modowych stylizacji.    

    Dressing down jest out. A po polsku: w imię mody znowu możemy się stroić. Tej wolności do ekspresji, do wplatania w stylizacje przesady, kiczu i dramy brakowało w branży przez ostatnie lata. W końcu moda może też służyć teatralizacji rzeczywistości – lub co bardziej dziś odpowiednie niż termin Ervina Goffmana – „instagramizacji rzeczywistości”. Nie trzeba jednak mieć obsesji na punkcie własnego wizerunku, żeby na przejażdżkę rowerem założyć sukienkę, której falbanki będą trzepotać na wietrze. Motywacją może być czysta przyjemność z wystrojenia się. Można to robić po prostu, bez okazji, dla siebie. Projektanci wyzwalają nas z kajdan bycia cool i zachęcają do codziennych modowych performansów. Teraz jest na to czas, więc korzystajmy. Zaraz fortuna się odwróci i elegantowanie się ponownie będzie tylko domeną babć.

 

 

tekst: Agata Marciocha
zdjęcie okładkowe: Tim Walker/Richard Quinn

 

podobne